środa, 25 lipca 2012

Grzybobranie dla cierpliwych

Piękny środek lata. Słońce, deszcze, klęska urodzaju. Wszystko bujnie rośnie, nic tylko czerpać garściami z darów natury. Właśnie z tą myślą wyruszyłam do lasu na grzyby. Widziałam przecież, że stragany proponują kurki i koźlaki, i to w wyjątkowych ilościach. Wydedukowałam więc, że muszą rosnąć w pobliskich lasach. A że naturę lubię, spacery i świeże powietrze też, czemu by się nie wybrać do lasu i nie nazbierać smakowitych kurek?

No to jedziemy. Na początku jest miło. Delikatny zefirek, oszałamiający zapach igliwia i leśnego runa... komary... no tak, zapomniałam. A jak komary to pewnie kleszcze też czyhają w karzakach. Łypią tylko złowrogo żeby kawałek ciała wyszedł spod koszulki, albo spod spodenek co gorsza. A jak wyłypią to rzucają się na ofiarę, wbijają w ciało swoją uzbrojoną żuchwę i ssą zapamiętale krew, wpuszczając zabójcze bakterie boleriozy... ale luz, tak naprawdę nie psuje mi to wycieczki. Szukam przecież najlepszych na świecie leśnych grzybków. Godzinę dopiero szukam, to chyba jeszcze niedługo...

Po trzeciej godzinie zaczynam tracić cierpliwość i marzyć o tym żeby jakiś kleszcz przegryzł mi tętnicę szyjną zmuszając karetkę żeby przyjechała po mnie w środek boru. Bo przecież teraz trzeba jeszcze wyleźć z chaszczy, czyli kolejne trzy godziny... ale w którym kierunku? Grzybów mi się zachciało... Żadnych wartości odżywczych... A jak umrę w tym lesie z głodu??? Bo przecież nawet purchawki nie widziałam do tej pory! Wpadam w panikę, próbuję odnaleźć kierunek w którym powinnam iść za pomocą mchu na drzewach... idę, biegnę, przedzieram się przez poszycie leśne...

Do drogi asfaltowej docieram podrapana, z kilkoma uschniętymi gałęziami we włosach, i pustym koszykiem na kurki. Chciałabym więc powiedzieć to w końcu głośno: zbieranie grzybów jest fajne tylko wtedy kiedy się je szybko znajduje i jest ich dużo w jednym miejscu. Jak trzeba zapieprzać całym lasem pod granicę z Litwą po to żeby NIE ZNALEŹĆ grzybów, nie jest fajnie. No chyba że się znalazło grzyby jeszcze przed wejściem do lasu...

Rozgoryczona kupiłam pół kilo kurek na targu. 10 złotych - 3 wariacje na temat:


Polędwiczki w sosie kurkowym:
1 polędwiczka wieprzowa
cebula
30 dkg kurek
2/3 szklanki śmietany
2/3 szklanki bulionu (może być drobiowy, wołowy, cielęcy)
sól, pieprz, natka pietruszki


Polędwicę kroimy na plastry grubości ok. 1,5 cm, solimy i pieprzymy. Obsmażamy na oliwie z dwóch stron tak by były miękkie i delikatne, zdejmujemy z ognia. Na drugiej patelni podsmażamy na maśle cebulkę. Gdy się zeszkli, dodajemy pokrojone na drobniejsze kawałki kurki. Gdy będę podduszone, dodajemy bulion i dusimy jakieś pół giodziny. Zabielamy śmietaną i czekamy aż sos lekko zgęstnieje (używamy dobrej śmietany, lekko kwaśniej i gęstej. wg. mnie najlepsza na świecie jest ta). Na sam koniec dodajemy polędwiczki (żeby nie stwardniały podczas zbyt długiego duszenia!)

Eskalopki cielęce w sosie kurkowym:
Wszystko jak w przepisie powyżej, ale zamiast polędwiczek, używamy sznycelków z szynki cielęcej. Można dodać do sosu kilka ziaren jałowca, a cielęcinę przed smażeniem skropić oliwą, sokiem z cytryny i oprószyć bazylią cytrynową.



Roladki cielęce nadziewane kurkami:
Koltety z szynki cielęcej rozbijamy, smarujemy po wewnętrznej stronie masłem, faszerujemy kurkami podsmażonymi z cebulą i odrobiną posiekanej natki pietruszki. Zwijamy w roladki, obtaczamy w mące i obsmażamy na oliwie. Gdy się zrumienią zalewamy bulionem do którego dorzycami pozostałe kurki z cebulą. Dusimy do miękkości roladek. Odkrywamy pokrywkę patelni, by sos odparował i zgęstniał. Nie zabielamy (dla odmiany).

A podać możemy z czym lubimy: pieczone ziemniaczki, kasza, ryż... Pysznie smakuje z lekko przysmażonym szpinakiem z czosnkiem. Szczególnie wersje ze śmietanowym sosem.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz